I po walę-tynkach…
Ten wpis będzie czystą prywatą na temat walentynek. Jeszcze parę dni temu (w przeddzień Walentynek) samopoczucie było jak najbardziej pozytywne, pacnąłem na szybko tapetę walentynkową, wszystko super :). No ale w walentynki jak to w walentynki musi być i romantycznie i super i w ogóle komercyjnie. Więc Szefowej zachciało się iść do knajpy… wróć! Do restauracji… Myślę sobie: McDonald’s? Eee… Jakiś kebab w fajnym bistro (przecież mieli serduszka powieszone w oknach, więc klimat jest)? Eee…
- A Sphinx może być moja droga? - zapytałem się wbrew sobie, bo jakoś w głębi czułem, że to już dla mnie (człowieka który stołuje się w licznych kebab-barach) nie lada burżujstwo…
- Eee… Proooszę Cię..!
Tu już poczułem, że stąpam po kruchym lodzie i znowu wbrew sobie zadałem pytanie, za które później chciałem sobie język odgryźć:
- To gdzie chcesz iść, bejbe?
- Hmm… Ja… chcę… - ciągnęła powoli, zaczynając się przytulać, co już zaczęło mi śmierdzieć podstępem, więc się odsunąłem na wszelki wypadek :). - Noooo! Chciałabym iść do Habana Restaurant albo do Piano Baru…
I tak oto moje najgorsze koszmary stały się rzeczywistością… Gwoli wyjaśnienia: Habana Restaurant oraz Piano Bar to chyba jedne z bardziej burżujskich knajp w Poznaniu, przynajmniej z tych, które ja znam… To są knajpy, w których nie ma pierogów ruskich tylko ravioli z serem półtłustym, cebulką hiszpańską i pieprzem kajeńskim, zapiekane w cieście robionym z mąki zbóż indyjskich itd… To są knajpy, w których nie ma pomidorówki z ryżem, tylko jest krem pomidorowy z pomidorów dojrzewających w letnim słońcu północnego Peru, z płatkami ze specjalnego ryżu gotowanego w specjalny sposób w specjalnym garnku i na specjalnym ogniu.
Więc możecie sobie pomyśleć, co mi się w głowie zaczęło kręcić: O KUR**!
- Bejbe, ale przecież tam jest trochę drogo… - powiedziałem lekko przestraszony, ale z wyraźnym lękiem przy słowie TROCHĘ - nie możemy iść do jakiejś normalnej knajpy? Weź się trochę opanuj, nie jestem prawnikiem żadnym i na forsie nie śpię…
[BUM!] Musiałem przesadzić i zniszczyć magię walentynek bo dostałem tzw. “laka na ryj” :x.
- Nooooo Paaaaaaweeeeeł… Ja bym tak bardzo chciała tam póóóóójść… - oo… czyżby magia walentynek wróciła?
…
…
…
Powyżej trwały jeszcze negocjacje, które rzecz jasna zakończyły się moją porażką, limem pod okiem i wybitym zębem :). Także koniec końców musiałem zabrać Szefową tam, gdzie chciała. Wybraliśmy Habana Resturant ze względów czysto geograficznych (jakkolwiek to brzmi).
- Bejbe, zarezerwowałem nam knajpę na 20.30, pasi? - zapytałem prowizoryczni, choć wiedziałem, że mogę tego żałować, tak jak poprzednio
- Oczywiście Pawełku :* - WTF?! O co kaman?! Znowu ma jakiś biznesplan do mnie?
No i przyszła pora kolacji, przybywamy do Habany, Pan w garniaku zabiera kurtki do szatni, drugi prosi o nazwisko i wskazuje stolik. Normalnie poczułem się jak jakiś król ze swoją służbą. Muzyczka fajna, obsługa miła, sam wystrój też przyjemny, choć tak trochę burdelowo-nowocześnie. Zasiedliśmy i zajrzeliśmy do menu…
FUCK! Tak nieczytelnego menu to ja w życiu na oczy nie widziałem… Aż chciałem zrobić zdjęcie, ale niestety nie wypadało. Myślałem nawet, żeby poprosić kelnerkę, aby mi przeczytała na głos poszczególne pozycję. Zażenowanie i irytacja budowały mi się w głowie, a ja tylko spojrzałem na Szefową i widzę ją w siódmym niebie. Przeglądała to menu, jakby miała tam wypisane najcudowniejsze komplementy na świecie, delikatny uśmiech na twarzy mówił za siebie ;). Oczywiście romantyczną atmosferę (jakaś pani zapaliła nam jedną świeczkę na stoliku) szybko zepsułem jakimś przekleństwem pod nosem, że nie mogę nic odczytać. No i uśmiech natychmiast zniknął z twarzy Niewiasty, poszedł jeden ostrzegawczy w nerki w moją stronę:
- Miałeś być miły i zadowolony! - powiedziała, jakbym sprawił jej największą krzywdę w życiu :x. Innego wyboru nie mam… Muszę być zadowolony
Co tu dużo gadać…
Ja zamówiłem zupę pomid… pfu! Krem Pomidorowy Z Czymś Tam na pierwsze i Halibuta Z Czymś Tam W Sosie Tatarskim na drugie. Szefowa jakiś ryż z owocami morza i coś jeszcze.
Po paru minutach przyszło pierwsze danie. Moja zup… Mój krem… Talerz miał jakiś 2m2, był po prostu olbrzymi. A na samym środku tej palety było wgłębienie 5cm x 5cm, w które ktoś CHYBA przypadkowo kapnął jakiejś czerwonej mazi. Za to ile kosztował ten krem spodziewałem się nie jakiejś tam zupy, tylko wyczepistego ZUPSKA! Przyznać muszę że było przepyszne, nigdy nie jadłem tak dobrej pomidorówki, no ale ilościowo.. Ekhm.. Mogłem to sobie nosem wciągnąć w zasadzie…
Drugie danie. Wyczekiwałem tego halibuta, licząc że chociaż to będzie jakiś konkret… No ale przeliczyłem się znowu. Dostałem dwa fileciki z halibuta polane białą mazią. Do tego jakąś sałatkę, która w ogóle nie wiem skąd się tam wzięła. Jak Boga kocham - naleśniki są znacznie grubsze od tych filetów… Biała maź na tych dwóch plackach okazała się być sosem tatarskim, choć zupełnie nie smakowała jak sos tatarski, nie było żadnym grzybków, ogórków, nic, ot zwykła biała maź… Nawet dałem Szefowej do spróbowania, żeby stwierdziła co to jest, to powiedziała, że to chyba jakiś sos śmietankowy czy cuś…
- Otóż nie moja droga… To jest… emm… - zajrzałem do menu i powiedziałem z ironią - Ooo! Sos tatarski… Nie widzisz tych pływających grzybków i ogóreczków?
Także w przeciwieństwie do kremu pomidorowego, te dwa placki z halibuta były ot takie se… W ogóle nie poczułem smaku ani halibuta, ani sosu tatarskiego, ani nawet ryby. Zabrakło mi też rzeczy, która powinna znaleźć się przy każdej rybie (przynajmniej według mnie) - CYTRYNY! Za to miałem ją w szklance z wodą, choć wcale jej tam nie chciałem. Ale tak jak wcześniej wspomniałem dostałem też jakąś sałatkę. Ale mówię - za Chiny Ludowe nie wiem skąd ona się wzięła na moim stoliku… Sałatka była z rukoli, pomidorów i paru innych śmieci. Kto jadł rukolę, ten wie, że jej smak może nie wszystkim przypaść do gustu. Ja jestem właśnie jedną z tych osób. Bo rukola smakuje trochę gorzko, trochę tłusto, trochę źle :). I dlatego spodobał mi się pomysł polania sałatki sosem czekoladowym. Wyważył on smak rukoli tak, że dało się ją zjeść. Ba! Była nawet całkiem spoko :). I za to duży plus, bo ja bym w życiu na taki myk nie wpadł…
Generalnie z knajpy wyszedłem cholernie głodny, czego nie lubię, a za żarcie zapłaciłem tyle, ile wydałbym na kilka porządnych i dużych kebabów (gdzie dwoma potrafię się ze spokojem najeść). Wypadu nie uważam za porażkę, ale za udany też na pewno nie… No ale Szefostwo wniebowzięte ofcoz… Ehh… I bądź tu rozsądny…
17.02.2009 | 08:58
Dodaj ten wpis do:


Paweł Lipiec 17.02.2009 | 09:12
1. Skoro już Chiny Ludowe to może też “Jak Boga kocham” a nie “Jak boga kocham”
2. Spędziłem 14/02 w sporej części w drodze Zielonej Góry do Warszawy (w samochodzie). Wieczorem zjedliśmy kolację w domu i obejrzeliśmy jakiś film przy winie. Wszyscy byli zadowoleni! A do szczęście wystarczył nie wielki bukiet kwiatów.
3. Jeśli konieczne do uszczęśliwienia “Szefowej” jest zabranie jej do drogiej knajpy to może warto się zastanowić nad zmianą szefostwa